Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2016

JAK TO JEST NAPRAWDĘ?


Długo zbierałam się, aby napisać ten post. Może nieco tłumaczyłam się brakiem czasu, intensywnym trybem życia, a może po prostu nie byłam jeszcze gotowa. Moje odchudzanie to w tej chwili temat numer jeden zarówno wśród mojej rodziny, znajomych kolegów z pracy, a przede wszystkim Was, osób, które obserwują mnie na facebooku, czytają bloga i dają codzienną dawkę energii i motywacji. Bardzo dziękuję za każdą wiadomość, za wszystkie miłe słowa, które do mnie kierujecie, to nie ja dla Was, a Wy dla mnie jesteście największą siłą do tego, aby codziennie mierzyć się z własnymi słabościami. Powinnam może nagrać filmik, w którym mogłabym pogadać do Was, ale chyba byłaby to telenowela, dlatego tworzę ten wpis, aby zarówno sobie jak i Wam dać kolejną porcję wiary i motywacji, na każdy nowy dzień.

Dla tych, którzy nie znają historii mojego odchudzania zapraszam TUTAJ i TUTAJ, te dwa wpisy poświęcone są początkom mojej diety, po co, dlaczego czy warto się odchudzać na te pytania znajdziecie odpowiedź w podlinkowanych postach.
Teraz kiedy już wiesz, że bardzo przytyłam, to zrozumiałe, że bardzo chciałam schudnąć. Udało się oficjalnie w ciągu około siedmiu miesięcy zgubiłam 30 kg, aktualne zdjęcia, inspiracje, stylizacje znajdziecie na moim FB TUTAJ.

Każdej z osób, która zwraca się do mnie z prośbą o pomoc, poradę, inspirację lub o sposób na to jak udało mi się zgubić 30 kg, powtarzam: NIE MA DIETY, TO NIE DIETA A ZMIANY, KTÓRE MUSZĄ ZAJŚĆ W PSYCHICE SĄ ODPOWIEDZIALNE ZA REDUKCJĘ WAGI, ZMIANĘ STYLU ŻYCIA, ZMIANĘ MYŚLENIA ORAZ AKCEPTACJĘ SIEBIE. Byłam w swoim życiu już na wielu dietach, każda kończyła się efektem jojo, dlaczego? Z prostej przyczyny, kiedy podejmujesz trud walki ze zbędnymi kilogramami Twoim celem jest jak najszybsza utrata wagi, nakręcasz się całą machiną, godzinami posiłków, składnikami, kilogramami, które spadają, tylko po to, aby po zakończonej kuracji rzucić się na słodycze i wszystkie zakazane rzeczy. W efekcie Twoje minus 10, za dwa miesiące przynosi plus 15, Ty sfrustrowana zabierasz się za kolejną dietę, nadal trwając w błędnym kole, pełnym wzlotów i upadków, z każdą kolejną magiczną dietą coraz bardziej i bardziej nienawidzisz siebie, aż przychodzi moment, w którym nie możesz patrzeć na wiszącą skórę, ciało pozbawione jędrności, ubrania które jeszcze miesiąc temu były dobre, dziś już się w nie nie wciśniesz. Kolejnym krokiem jest niska samoocena i plucie jadem w stronę tych zgrabnych i szczupłych oraz pozostawienie swojej osoby w przeświadczeniu, że nigdy Ci się to nie uda. Miałaś tak kiedyś? Ja wiele razy, aż do momentu kulminacyjnego, kiedy naprawdę nie miałam się w co ubrać, kiedy naprawdę zaczęłam nienawidzić siebie i kiedy naprawdę powiedziałam sobie DOŚĆ.

Nie ma diety, to nie dieta a styl życia pozwala nam osiągnąć sukces. Jestem przykładem, że bez siłowni, bez dietetyka i żadnych leków odchudzających można pozbyć się nadwagi. Wystarczy tylko chcieć i słuchać swojego organizmu. Nie jestem żadną ekspertką w dziedzinie odchudzania, każde ciało jest inne, każdy organizm potrzebuje czegoś innego, dlatego moja dieta, oparta głównie na jedzeniu określonej gamy produktów, może w tej chwili zostać przez Ciebie wyśmiana. Tak, możesz popukać się w czoło i nazwać mnie kretynką, ale moja dieta przyniosła mi efekty i sprawiła, że dziś jestem szczęśliwa. Dieta, jaka dieta? Przecież to w tej chwili mój styl życia, którego nie zamierzam zmieniać.

Pytacie się co jem , ile jak przygotowuję posiłki itp. Nie jem pięć razy dziennie, nie stoję w garach bo tego nie lubię i zdaję sobie sprawę, że być może robię krzywdę swojemu organizmowi. Regularnie się badam nie mam anemii, nie brakuje mi witamin, a siły mam w sobie jak nigdy wcześniej, tzn, że chyba jest ok;)
Jak już wcześniej wspominałam jem określoną gamę produktów są to : ryż, kasza, brązowy makaron, warzywa gotowane, chude gotowane ryby, chude gotowane mięso, kurczak lub indyk, awokado, chudy biały ser, wafle ryżowe, banany, naturalne jogurty, tofu, świeżo wyciskane soki, woda mineralna. Te produkty stanowią od siedmiu miesięcy podstawę mojego menu. Nie jem pieczywa, serów, fast foodów, rzeczy smażonych, no i przede wszystkim nie jem słodyczy. Po ponad pół roku bez słodkiego, musicie uwierzyć na słowo, że na widok ciasteczek i batoników mam odruch wymiotny. 

Pytacie się mnie jak komponuję posiłki, z jakich korzystam przepisów. Tak jak wcześniej pisałam słucham swojego organizmu, dla mnie super obiad to gotowany makaron z gotowanymi warzywami nic twórczego, trochę przypraw no i tyle. Dla niektórych może to się wydawać dziwne i głupie, no bo przecież jest tyle super fit przepisów, a ja ograniczam się do wstawienia wody i ugotowania dwóch produktów. Mogłabym wcisnąć Wam kit i napisać, jakich to wspaniałych nie tworzę posiłków,ale jeśli mamy być ze sobą szczere to musicie znać prawdę. Staram się też nie łączyć produktów często jem tylko same gotowane warzywa, a za kilka godzin sam ugotowany ryż z przyprawami, zdarza mi się podsmażać ryż na łyżeczce oliwy do tego ulubione zioła i tyle.
Mój organizm jest już nieco wytresowany, na mój żołądek najlepiej działają właśnie takie mono posiłki, u Was może się to absolutnie nie sprawdzić u mnie przynosi efekty. Nie chodzę głodna, pracuję bardzo intensywnie, mam siłę na wszystko i co najważniejsze chudnę, i nie czuję się ociężała i ospała. Nie uznaję czegoś takiego jak cheatmeal i dni, w których można sobie na coś pozwolić. Tutaj to oczywiście kwestia indywidualna, jeśli wiesz, że nie dasz rady odmówić sobie kawałka pizzy to być może warto zrobić sobie jeden dzień w tygodniu lub w miesiącu, w którym będzie wolno zjeść rzeczy zakazane, to tak dla własnego zdrowia psychicznego.;) Piję wodę mineralną, wyciskane soki no i kawę z mlekiem sojowym lub bez laktozy, do tego czerwona lub zielona herbata, wszystko nawet zieloną herbatę słodzę brązowym cukrem, pewnie to głupota, ale brązowy cukier to rzecz, której w kawie lub herbacie nie potrafię sobie odmówić.

Kolejną kwestią są ćwiczenia. Nie chodziłam na siłownię, ponieważ brak mi na to czasu, teraz od lutego chcę się już tak na serio zabrać za ćwiczenia na siłowni, chodzi mi bardziej o modelowanie , wyszczuplanie dolnych partii ciała, które jak wiadomo przy mojej figurze gruszki, nawet po tak dużym ubytku wagi są większe. Nie, nie mam rozstępów, nie wisi mi skóra i nie smarowałam się żadnymi specyfikami ujędrniającymi. Codziennie, a właściwie dwa razy dziennie ćwiczę w domu. Moje ćwiczenia są uzależnione od tego ile w danym dniu mam czasu, o której skończę pracę itp. Co ćwiczę? Głównie brzuszki, ich robię najwięcej, ponieważ moim celem było wymodelowanie talii. Osiągnęłam w tej chwili magiczną różnicę ponad 30 cm między talią, a biodrami i jestem z tego powodu mega, mega dumna!  Moje obecne wymiary to: 90x70x102. Brzuszki, skłony, przysiady, czasami nożyce. Przysiady i nożyce idą mi szczerze mega opornie, dlatego postanowiłam zabrać się za swoje nogi na siłowni;) Na początku mojej diety robiłam jakieś 200/500 brzuszków dziennie, po ponad pół roku potrafię ich zrobić nawet 3 tysiące, oczywiście z przerwami , seriami itp. Ja jeszcze w czasach gimnazjum robiłam brzuszki więc jestem dobrze rozciągnięta i naprawdę uwielbiam ten rodzaj ćwiczeń, dlatego wiem, że dla Was liczba 3000 tysięcy brzuszków dziennie wydaje się astronomiczną, jednak dla mnie nie stanowi żadnego problemu, o ile mam tyle czasu, ale średnio każdego dnia robię 1500 ;). Najważniejsza jest systematyka, jeśli zabierasz się za ćwiczenia rób to codziennie i nigdy nie odpuszczaj, jak uda Ci się wkręcić w ten"tryb", to dzień, w którym zmuszona będziesz zrezygnować ze swojego "treningu" będzie dla Ciebie dniem straconym. Jestem pewna, że za brak wiszącej skóry i brak rozstępów odpowiedzialne są właśnie moje codzienne, systematycznie wykonywane ćwiczenia. Obecnie po utracie tych 30 kilogramów, mam ciało w najlepszej kondycji w swoim życiu, oczywiście mam zamiar nad nim nadal pracować.;)

Kolejne pytania, które od Was dostaję dotyczą terminu zakończenia mojej diety. To nie jest tak, powtórzę, że w tej chwili moja dieta przeszła w mój styl życia. Oczywiście nie mam w planach pozbycia się kolejnych 15 kg, w tej chwili moim celem jest modelowanie sylwetki. Nie oznacza to jednak, że mam zamiar wrócić do starych, złych nawyków. Uwierz, że bez pieczywa, bez słodyczy, bez fast foodów i całej masy śmieciowego jedzenia można żyć. Co więcej można żyć i dodatkowo czuć się naprawdę dobrze. Moje ciało, jest mi naprawdę wdzięczne za to, że zamiast batoników i przekąsek codziennie otrzymuje ode mnie dawkę zdrowego jedzenia.

Nie umiem opisać radości jaka towarzyszy mi każdego dnia, to tak trochę jakby narodzić się na nowo. Nagle okazuje się, że możesz naprawdę wszystko, że jesteś szczęśliwa, spełniona, że możesz pozwolić sobie na znacznie więcej niż wtedy, kiedy na Twoich barkach ciążyło 30 kilogramów balastu. Okazuje się, że wyglądasz zabójczo w seksownej sukience i szpilkach, nagle zmysłowa bielizna na Twoim ciele podkreśla krągłości, a nie obnaża wałeczki tłuszczu, następnie okazuje się, że Twoja cera, włosy, promienieją, że ludzie których mijasz na ulicy często patrzą na Ciebie z nutką podziwu, może zazdrości. Wiesz jakie to uczucie, kiedy pozbywasz się nadwagi i świat nagle nabiera kolorów. Może powiecie, że poprzestawiało mi się w głowie, że jestem pusta bo jak można postrzegać świat poprzez pryzmat seksownych sukienek, że przecież kiedyś też mówiłam, że cieszę się życiem. Tak, mówiłam doskonale to pamiętam, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze jak bardzo zmieni się moje życie w ciągu tych siedmiu miesięcy, wtedy się nim cieszyłam dziś naprawdę je kocham. I to właśnie te seksowne sukienki, szpilki, nowe możliwości, nowe perspektywy składają się na to, że już nigdy nie spojrzę w stronę batoników, czy ciast.

Mój przykład i historia odchudzania są dowodem na to, że możesz w życiu tak naprawdę wszystko, co więcej do tego, aby osiągnąć swój cel potrzebujesz tak naprawdę tylko silnej woli. Nie musisz mieć kasy na dietetyka, siłownię, środki odchudzające, drogie kremy, wspomagacze itp. Wystarczy, że obudzisz w sobie tak jak ja taką wewnętrzną siłę, która wraz z upływem dni będzie w Tobie narastała, aż w końcu dojdziesz do takiego etapu, w którym powiesz sobie, ze łzami w oczach, oczywiście, ze łzami wzruszenia, powiesz sobie identycznie jak ja :"jestem z siebie dumna". Życzę każdej z Was, aby mogła stanąć przed lustrem zupełnie nago i bez cienia wstydu powiedzieć, że kocha swoje ciało.

Nie oceniajcie mnie poprzez pryzmat tego, że wciskam Wam kit, że będę miała jojo, że jestem pusta, głupia i próżna. Życie każdej z nas to indywidualna sprawa, ja nie namawiam nikogo do diet, nie namawiam do zmian, nie zmuszam do ćwiczeń, w dalszym ciągu jestem plus size, kocham kobiece kształty, nie mam zamiaru dążyć do rozmiaru 36. Moja sylwetka ma dla mnie w tej chwili idealne wymiary i proporcje, czuję się atrakcyjna i seksowna i nie mam zamiaru tego zmieniać. W swoim życiu przeszłam etap, w którym naprawdę byłam na przysłowiowym dnie, i nie składała się na to tylko kwestia wagi, a jej utrata jest w pewnym sensie nagrodą, a dla mnie ogromnym powodem do dumy. Życzę każdej z Was, siły i wiary, oraz wytrwałości w dążeniu do zmian. Nie ważne czy Twoim celem jest utarta kilogramów, zmiana przyzwyczajeń, może zmiana pracy, a może zakończenie toksycznego związku, życzę, aby Ci się udało, chociaż wiem, że nie będzie łatwo;)

Dziękuję każdej osobie, która wspiera mnie codziennie, to dzięki Wam mi się chce, to dzięki Wam , wiem, że mogę i dzięki Wam , wiem że się uda  <3
Potraktuj ten wpis jako osobistą rozmowę ze mną, mam nadzieję, że zawarłam w nim odpowiedzi na Wasze wiadomości, również te, na które nie udało mi się osobiście odpowiedzieć, za co bardzo przepraszam.

Masz wątpliwości, nie jesteś czegoś pewna, nie wiesz czy się uda, lub po prostu chcesz pogadać? Skontaktuj się ze mną postaram się pomóc najlepiej jak będę umiała.

Pamiętaj, z całego serca wierzę w Twój sukces
;*
Iza


sobota, 28 listopada 2015

NOWA, LEPSZA, INNA JA...

Dziś to nie stylizacja, a motywacja i akceptacja będą tematem przewodnim tego wpisu. Gdybym mogła zebrać każdą osobę, która pisze do mnie maile, oraz wiadomości i opowiedzieć o mojej historii pewnie musiałabym zorganizować spotkanie dla setek osób i spędzić z Wami cały dzień, niestety nie mam takiej możliwości, dlatego dzisiejszy wpis potraktujecie proszę jako naszą rozmowę na temat tego jak w ciągu czterech miesięcy zmieniłam swoje życie, dlaczego schudłam 22 kilogramy, za co nienawidzę siebie i dlaczego każdego dnia z zadowoleniem spoglądam w lustro. Zapraszam...

niedziela, 4 października 2015

Szczera spowiedź...



"Powiedziała: kochaj i akceptuj siebie, bezwzględnie, zawsze. Po czym pochwaliła się światu jak w 
krótkim czasie schudła prawie 15 kilogramów..." Nie czułam nigdy obowiązku, ani presji tłumaczenia się ludziom z tego co, z kim, w jakim celu i dlaczego. Jestem ogromną indywidualistką, ponad wszystko cenię, swoją wolność, a ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę to opowiadanie ludziom o swoich kłopotach, rozterkach czy dzielenie się sukcesami. Upajam się sukcesem w samotności, a o tym co aktualnie dzieje się w moim życiu wiedzą najbliżsi- przyjaciele. Dziś w odpowiedzi na Wasze wiadomości, których dostaję po kilkanaście dziennie wytłumaczę, że moja dieta to nie robienie z ludzi debili, że nie poprzestawiało mi się w głowie, że nie jestem chorą egoistką zapatrzoną w swój wygląd, ubrania i karierę. Odpowiem na wszystkie : wow jak Ci się to udało, nie chudnij więcej, gratuluję i Ty głupia babo weź się za prawdziwą pracę, a nie wciskaj ludziom kitu jak wspaniale czujesz się we własnym ciele. I kolejnych treści tego typu mogłabym przytoczyć jeszcze setki, ale nie czuję takiej potrzeby, ponieważ wszystkie brzmią podobnie. Pochwały i gratulacje na przemian z obelgami i hmmm... lekką nutą zazdrości.


Początki
Zima 2005, to 11 lat temu rozpoczęłam walkę z samą sobą, miałam wtedy tylko, a może aż 13 lat czyli wystarczająco dużo, aby zorientować się, że waga 85 kilogramów dla nastolatki to nie tylko powód do zadyszki na schodach, ale również brak szans, na akceptację otoczenia, szkolne przyjaźnie, pierwsze miłości czy spokój na szkolnych przerwach, które potrafiły zamienić się w prawdziwą gehennę za sprawą "życzliwych" przyjaciół. Wzrok wuefisty, który na widok lekarskiego zwolnienia z wf-u dostawał szału myśląc :jest gruba i nie chce jej się ćwiczyć. Miał rację jako dziecko byłam gruba, dużo za gruba. Moje szkolne kłopoty i frustracje rekompensowały dobre oceny, jednak w pewnym momencie nawet one przestały wystarczać kiedy w mojej szafie nie było nawet jednej sukienki "nie mamy w tym rozmiarze", "za mała", "ciasna", "nie dopina się". Kolejne kilka lat toczyłam wewnętrzną walkę między szkołą, tabliczką czekolady i rozpaczliwą chęcią bycia szczupłą. Wyobrażałam sobie siebie w nowych jeansach, sukience, inną , radosną, po prostu szczęśliwą.
Nie potrafiąc odmówić sobie przyjemności w postaci słodyczy, przestałam jeść. Teraz, albo nigdy jeśli nie jestem w stanie zrezygnować z czegoś zrezygnuję ze wszystkiego. Katorżnicza dieta, ćwiczenia i ogromnie silna wola spowodowały w miarę szybką, i bardzo dużą utratę wagi. Schudłam ok 20 kilogramów i przy 65/67 kg wyglądałam jak chucherko (jestem osobą grubokościstą więc spadek 85 na 65 w moim przypadku podbiegał pod anoreksję) Komplementy, nowe ciuchy, imprezy, "przyjaciółki". Anemia, zanik miesiączki, wypadające włosy, poszarzała skóra, brak energii i chęci do życia. Wszystko to dostałam w ekstra pakiecie z moją utratą wagi. Z jednej strony podziwiana i szczęśliwa, z drugiej zmasakrowana psychicznie spoglądająca z przerażeniem na kubek jogurtu naturalnego. Ciągła walka, wzloty i upadki, doprowadziły do tego, że chęć sięgnięcia po tabliczkę czekolady okazała się silniejsza, na przełomie kolejnych 2 lat przytyłam 10 kilogramów. Z wysuszonego chucherka i rozmiaru 38, awansowałam na 75 kilogramów i 42. Czasy mojej szkoły średniej, byłam największa z dziewczyn, wyglądałam w miarę ok temat plus size był w Polsce wówczas tabu, kombinowałam jak mogłam, aby zmieścić się w magiczny rozmiar L, dopiąć jeansy, w tajemnicy przed koleżankami zaczęłam ubierać się w lumpeksie (tak wtedy to było zakazane), wyglądałam całkiem przyzwoicie i chociaż łatka ta okrąglutka( dziś byłoby to plus size) przyległa do mnie na stałe, nie wybrzydzałam wolałam być okrągłą, niż grubą świnią. W przeciągu kolejnych kilku lat moja waga wahała się na przełomie 75/78 kg  wyglądałam zdrowo, z jak to mową lekką nadwagą, lekką oczywiście zanim nie przekroczyłam progu gabinetu lekarskiego. "No wie Pani co przy Pani wzroście 169 powinna Pani ważyć 65 kg, ale panie doktorze ja już tyle ważyłam wyglądałam źle, - no nie wiem, nie wiem mogłaby pani nieco schudnąć..."

Słabości
Nie jem prawie mięsa, białego pieczywa, unikam węglowodanów, sporo się ruszam, zatem , dlaczego tyję?
Babeczki, ciasteczka, batoniki, lody, ulubiona latte, nie umiem, nie potrafię , a raczej nie potrafiłam odmówić sobie słodyczy. Na poprawę humoru batonik, spotkanie z koleżanką: kawa i ciasteczko, obowiązkowo, zły dzień : "mamo upiecz ciasto". W pewnym momencie zorientowałam się, że bez codziennej dawki cukru wpadam w dziki szał, trzęsą mi się ręce, jestem nerwowa, czuję się jakby odcięta od świata. Badania, choroby, wizyty lekarskie. No, ale wszystko jest w porządku, wyniki dobre, jest Pani zdrowa, no może warto byłoby trochę schudnąć. Dieta, chudnięcie, odchudzanie, utrata wagi całe życie kręciło się tylko wokół tego. Sfrustrowana nie potrafiłam znaleźć złotego środka. Mieściłam się w ubrania, wyglądałam przyzwoicie, krągłości zaczęły być na topie, pomyślałam: świat się zmienia, idzie w dobrą stronę!
Sesje zdjęciowe, modeling, krągłe Panie zaczęły pokazywać się na okładkach gazet, w reklamach, a nawet spotach reklamowych. "Ta gruba stała się tą krągłą, apetyczną, seksowną"
Gdzieś tam załapałam się do tego trybika, odnalazłam siebie, nawiązałam nowe przyjaźnie z dziewczynami z branży plus, byłam szczęśliwa. 

Nie wymiotowałam, nie głodziłam się, ani obsesyjnie nie ćwiczyłam 75/78 kg utrzymywało się przez jakiś czas na tym samym poziomie. Było mi dobrze ze sobą, realizowałam swoje marzenia, żyłam pełnią życia. Jak było w rzeczywistości? Tyłam, jeszcze tego nie widziałam, że wpadłam w chorą pułapkę. Pułapkę ciasteczek, batoników i innych łakoci.
Był to czas kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, założyłam bloga, znalazłam wymarzoną pracę, spełniałam, zresztą nadal spełniam swoje marzenia, pasje i wszelkie życiowe aspiracje, w których kiedyś przeszkadzały mi moje kilogramy. Plus size stał się niezwykle popularny, poznałam masę ciekawych inspirujących ludzi, dziś koleżanki z branży XL to moje przyjaciółki, z którymi rozumiemy się praktycznie bez słów. Blog wywrócił moje życie do góry nogami, pomógł w dużej mierze rozwinąć się zawodowo i w stu procentach przyznaje się do tego, że moje ciało, moje krągłości pozwoliły mi osiągnąć wiele, zapewne gdybym była wysuszoną anorektyczką w typie Anji Rubik, pracowałabym na marnym etacie i szukała perspektyw na lepsze jutro. Pasmo sukcesów pociągnęło za sobą pasmo rozterek, frustracji oraz stresów. Ostatni rok pracowałam bardzo ciężko i intensywnie, po to aby robić w życiu to co lubię i to co daje mi satysfakcję. Tak bardzo pragnęłam być perfekcyjna, że po raz kolejny zapomniałam o sobie. Czerwiec 2015 waga 75 kg, lipiec 2016 waga 88 kg. Jak to się stało? Jak to możliwe, że w rok czasu z seksownej krągłej, stałam się ponownie grubaską? 88 to prawie 90, 90 to prawie 100, kolejny raz obsesja cyferek, centymetrów, kilogramów. Pamiętam jak było 80 moja najwspanialsza przyjaciółka, moja Mama, mówiła: "wyglądasz bardzo dobrze, zdrowo", kiedy po 3 miesiącach nieobecności w domu zobaczyła mnie z wagą prawie 90 kg, zapytała czy mam problem. Tak, mamo mam problem nie potrafię odmówić sobie codziennej dawki cukru.
Najwięcej przytyłam na przełomie marca, kwietnia, maja. Nie wiem jak, kiedy, nie potrafię przypomnieć sobie, czy jadłam aż tak dużo. Przecież nie kupuję fast foodów, białego chleba, nie jem makaronów, tłustych mięs, więc co spowodowało, że przytyłam 13 kg??! Może to całe ptasie mleczko zjedzone gdzieś w pośpiechu, lub te dwie czekolady po pracy na poprawę humoru, albo ten batonik w autobusie, i ciasteczko w kawiarni, tak te do kawy....
Po zrobieniu rachunku sumienia okazało się, że takich batoników, ciasteczek, czekoladek były setki, do tej pory nie potrafię uzmysłowić sobie jak to się stało. Totalna pustka i dziura w głowie. Pustka wypełniła w pewnym momencie również moją szafę. Blogerka, zakupoholiczka, fanka ubrań nagle każdego ranka staje przed otwartą szafą w ogromnym szoku, że nie ma co na siebie włożyć. Tu się ciągnie, tam nie dopina, za małe, opięte, a jak już założę to wyglądam zwyczajnie źle. Jak serdelek, mały słonik, może hipopotamek... Zaraz, zaraz jaki ja mam właściwie rozmiar? Było 42, no w porywach do 44, a teraz? Pójdę do sklepu, sprawdzę. Nie, nie kupowałam nowych ubrań, nie zniosłabym świadomości,że nagle reprezentuję rozmiar 48. Podłamana, smutna i.... głodna wróciłam do domu. Wzięłam kawę na wynos tym razem już bez ciasteczka i stwierdziłam, że są wakacje, upały, na pewno jestem spuchnięta, to zatrzymanie wody, poprzymierzam w domu letnie ubrania, które przecież były dobre i humor natychmiast wróci. Nie wrócił. Moje letnie sukienki, spodnie, tuniki już tak na serio okazały się za małe. Stanęłam nad łóżkiem zasłanym ubraniami i... się rozpłakałam. Spojrzałam przez okno, 30 stopni na plusie, opalone piękne ciała w krótkich sukienkach, szortach, otworzyłam facebooka piękne krągłe koleżanki blogerki plus size uśmiechnięte, zadowolone z życia, no tak krągłe, nie grube. Kupiłam wagę, 88,5. Wczoraj było 88, dziś już pół kilograma więcej, a pamiętasz powiedziałam do siebie, wczoraj jadłaś sernik... Tyję w zastraszającym tempie, spojrzałam w lustro zobaczyłam spuchniętą, zmęczoną twarz. Opuchnięte dłonie, stopy, nie to nie wina temperatury, to zasługa tych 13 kilogramów, które zagościły u mnie w ostatnim czasie. To był piątek, ponad dwa miesiące temu.

Sobota
To było jak potężne uderzenie, rano zakupy, bazarek, warzywa, owoce, woda mineralna chude mięso. Nie miałam w głowie żadnej diety, moim celem było pozbycie się nadwagi oraz złego samopoczucia. Nie miałam ochoty na brokuły, gotowanego kurczaka, czy sałatkę owocową. Potrzebowałam silnej dawki czekolady, bitej śmietany, czegoś ultra słodkiego. Wiedziałam, że uzależniłam się od słodyczy i to tak na poważnie, jeśli tu i teraz nie zrobię z tym czegoś to za kolejne dwa miesiące moja waga z 88,5 kg przekroczy 100, ta wizja zmotywowała mnie na tyle, że nagle ukochane czekoladki i batoniki zaczęły budzić we mnie wstręt i obrzydzenie.

Pierwsze dwa tygodnie
Myślałam, że albo zabije siebie, albo kogoś, albo rzucę się na gablotę w cukierni. Chodziłam głodna, zła, trzęsły mi się ręce. Nie miałam ochoty na normalne zdrowe jedzenie, potrzebowałam cukru. Wspominam ten czas jako jeden z najgorszych okresów w moim życiu. Czas mojej diety przypadł na 40 stopniowe upały. Lato w mieście, a ja zmęczona, ospała, bez chęci do życia głodna. Do cholery z tą dietą! Miałam momenty, kiedy marzyłam o czekoladzie. Wytrzymałam, nie skusiłam się na nic, jadłam warzywa, owoce, chude mięso, piłam mega dużo wody niegazowanej. Udało się, po pierwszych dwóch tygodniach widziałam ubytek 5 kilogramów, chociaż w minimalnym stopniu pozbyłam się toksyn, wody, obrzęków. Mogłam normalnie włożyć pierścionek, zapiąć zegarek, moje ciało przestało przypominać obrzękniętą bulwę, talia, która zniknęła pod oponką tłuszczu zaczęła powoli się pokazywać. Najważniejsze pozbyłam się ochoty na słodycze. Przestałam odczuwać ten chory, wilczy apetyt na czekoladę. Pomyślałam wówczas: mały sukces, udało się.

Kolejne tygodnie
Kilogramy zaczęły spadać, samopoczucie się poprawiło, znowu zaczęłam mieścić się w ubrania, cera, włosy, i ogólna kondycja organizmu uległy znacznej, a może już spektakularnej poprawie. Każdego dnia budziłam się wypoczęta, zrelaksowana i z uśmiechem zaczynałam kolejny dzień. Najważniejsze o 180 stopni zmieniła mi się świadomość postrzegania jedzenia, a przede wszystkim słodyczy. Pomyślałam :chwilo trwaj!

To już ponad dwa miesiące
Dwa miesiące i minus prawie 15 KILOGRAMÓW! Pytacie jak się to udało, czy było ciężko, co jadłam, czy ćwiczyłam, jeśli tak to jakie ćwiczenia i jak często, jaki obecnie noszę rozmiar, ile ważę, czy akceptuję siebie, czy nie chcę być już plus size, co spowodowało, że zaczęłam się odchudzać, ile mam w planach jeszcze schudnąć, jak zmieniło się moje życie po utracie kilogramów i wiele innych tego typu pytań, których nie jestem w stanie przytoczyć.

Wielokrotnie powtarzam, że byłam, jestem i będę plus size. Moje odchudzanie to nie kaprys i chęć bycia szczupłą, tylko pewnego rodzaju "kara" za brak dyscypliny i nie oszukujmy się "obżeranie" słodyczami. Plus size tak naprawdę zaczyna się od rozmiaru 38. 40 to już plus size z krwi i kości. Mój obecny rozmiar to 42/44 waga 74/75 kilogramów w zależności od pory dnia itp. Mam tendencje do zatrzymywania wody oraz obrzęków więc wahania na przełomie 2/3 kg są dla mnie normą. Czy było ciężko? Było, ponieważ porządek najpierw musiałam zrobić w swojej psychice. Wyperswadować sobie rzeczy ważne i ważniejsze, na pierwszym miejscu postawić własne zdrowie, zadbać o swoje kości, stawy, aby za kilka lat nie czekał na mnie wózek inwalidzki, tylko długie spacery;) Zmieniłam swoją świadomość odnośnie jedzenia. Teraz jem wtedy kiedy jestem głodna, nie dla zabicia czasu. Nie mam żadnej określonej diety, mniej jedzenia więcej ruchu, o ćwiczeniach będzie za chwilę. Chude mięso, ryby, warzywa, pełnoziarniste makarony, owoce od czasu do czasu, woda mineralna, zielona i czerwona herbata, chudy twarożek. To podstawa mojej diety. Wyeliminowałam, całkowicie puste kalorie w postaci batoników, przekąsek itp. Ćwiczenia, nie chodzę na siłownię chociaż bardzo bym chciała, zwyczajnie brak mi na to czasu. Wysiadam 5 przystanków wcześniej i w drodze z pracy do domu robię sobie spacer. Brzuszki, skłony, przysiady normalne ćwiczenia, które wykonuję 3/4 razy w tygodniu w domu bez jakiegoś określonego reżimu. Do szczęścia nie potrzebuję, ani Lewandowskiej, ani Chodakowskiej. Do szczęścia potrzeba mi tylko zdrowego postrzegania swojego ciała, zdrowego odżywiania i świadomości, że to co robię przynosi efekty. Nie, nie tylko wizualne, chociaż one cieszą najbardziej, ale przede wszystkim te duchowe. Fajnie nie być klusią pusią, a apetyczną krągłą brunetką, a figurze gruszki, z pupą przyciągającą męskie spojrzenia. Fajnie czuć się maksymalnie seksownie widząc ludzi, którzy w pewnym sensie zazdroszczą kształtów i podziwiają apetyczną sylwetkę, ale najfajniejsze jest poczucie własnej wartości oraz świadomość tego, że nasze wysiłki i wyrzeczenia nie idą na zmarnowanie, a przede wszystkim wychodzą nam na zdrowie. Efekt wizualny jest ważny, jednak najważniejsze są zmiany, które zachodzą w naszej psychice. Ne odchudzałam się po to, aby spodobać się facetowi czy udowodnić koleżance jaką jestem suką i mogę być lepsza od niej. Odchudzam się dlatego, aby każdego dnia zadowolona spojrzeć w lustro i widzieć kształty, nie wałki tłuszczu, opuchliznę i oponki. Najlepsze uczucie to radość, towarzysząca każdego dnia, świadomość, że robię dobrze, no i lustro, które pokazuje zadbaną dziewczynę plus size, a nie zakompleksioną grubaskę. Jeśli Ty, identycznie jak ja przytyłaś, nie ważne z jakiego powodu, czujesz się źle, ciężko, każdego dnia marzysz aby dzień skończył się jak najszybciej zrób coś z tym, Nie mówię schudnij mówię zrób porządek w swojej psychice, znajdź przyczynę, zawalcz o lepszą wersję samej siebie, Tylko i wyłącznie wtedy Twój trud i ciężka praca zostanie doceniona, a Twoje ciało odwdzięczy Ci się tak jak w moim przypadku jędrną pupą, fajnymi kształtami i uśmiechem na ustach. Nie odchudzaj się pod wpływem presji, ani chwili, bo zobaczyłaś coś u mnie lub innej dziewczyny, wtedy doprowadzi Cię to do frustracji, a po dwóch tygodniach rzucisz się jak głupia na czekoladę w efekcie zamiast minus 2 będzie plus 4, a to prowadzi tylko do błędnego koła, otyłości i efektu jojo. Pamiętaj wszystko to co robisz robisz dla siebie. Możesz ważyć 90, 70, czy 50 kilogramów, najważniejsza jest akceptacja i świadomość samej siebie. Jeśli tak jak ja zatraciłaś ją, identycznie jak ja podejmij walkę, a gwarantuję Ci, że po dwóch miesiącach staniesz się inną, lepszą osobą. Odzyskasz pewność siebie, dobre samopoczucie i wiarę w to, że własną ciężką pracą, siłą oraz wytrwałością możesz pokonać wszystkie słabości.
Dziękuję za uwagę, ten post to moja historia, oraz odpowiedź na Wasze codzienne pytania dotyczące mojej diety i odchudzania.
Znacie powody mojej utraty wagi, dlatego nie piszcie kolejnych wiadomości typu "czemu dieta?"
Jeśli potrzebujesz, pomocy, rady, motywacji, napisz. Postaram się pomóc.

Iza